100 LAT KRAKOWSKIEJ AGH


 

W krakowskiej uczelni powstał Komitet ds. Organizacji Jubileuszu 100-lecia Akademii Górniczo-Hutniczej z prof. dr. hab. inż. Wojciechem Łużnym – Prorektorem ds. Kształcenia jako Przewodniczącym Komitetu Jubileuszowego.

Główne Obchody Jubileuszu 100-lecia AGH oraz Światowy Zjazd Absolwentów AGH odbędą się w Krakowie w dniach 18-19 października 2019 roku.

Informacje dotycząca jubileuszu 100-lecia AGH uzyskać można u Barbary Jezierskiej – Koordynatora ds. Organizacji Jubileuszu 100-lecia AGH, tel. +48 12 617 31 91, e-mail: jezierska@agh.edu.pl.




Informacje o uczelni i o jubileuszu zebrał i opracował absolwent AGH (1954–1959) – mgr inż. Stanisław Koc

 


HISTORIA AKADEMII GÓRNICZO-HUTNICZEJ


Powołanie Akademii Górniczej

 

31 maja 1913 roku cesarz Franciszek Józef I zatwierdził utworzenie wyższej szkoły górniczej w Krakowie. Fakt ten poprzedził długi ciąg starań o powołanie akademii, która miałaby kształcić inżynierów górników i hutników.

W 1912 roku grupa wybitnych inżynierów i działaczy górniczych pod przewodnictwem Jana Zarańskiego wszczęła zabiegi o zgodę na powołanie w Krakowie wyższej uczelni kształcącej inżynierów górnictwa. Starania te zostały zwieńczone powodzeniem i w 1913 roku Ministerstwo Robót Publicznych w Wiedniu powołało Komitet Organizacyjny Akademii Górniczej, którego przewodniczącym został profesor Józef Morozewicz.

Wybuch I wojny światowej w 1914 roku uniemożliwił rozpoczęcie w październiku pierwszego roku akademickiego nowo otwartej uczelni. Urzędnik Magistratu, prawdopodobnie porządkując dokumenty, dopisał w rogu kartki na jednym z dokumentów: „Wskutek wybuchu wojny nie otwarto akademii górniczej, cała sprawa odroczona do spokojnych czasów, 21 marca 1915 roku”.


Okres międzywojenny

 

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, Komitet Organizacyjny podjął ponownie pracę i 8 kwietnia 1919 roku Rada Ministrów podjęła uchwałę w sprawie założenia i uruchomienia Akademii Górniczej w Krakowie. 1 maja 1919 roku Naczelnik Państwa Józef Piłsudski mianował jej pierwszych profesorów, a 20 października 1919 roku dokonał uroczystego otwarcia Akademii Górniczej w auli Uniwersytetu Jagiellońskiego.

15 czerwca 1923 roku położono kamień węgielny pod budowę przyszłego gmachu Akademii Górniczej. Dwa lata później powstał projekt godła Akademii Górniczej (zachowany w Muzeum Historii AGH) sygnowany monogramem B.T. – Bogdan Treter.

W 1935 roku odsłonięte zostały przed wejściem do gmachu głównego Akademii pomniki górników i hutników, wykonane z tworzywa ceramicznego przez artystę rzeźbiarza Jana Raszkę.

Uczelnia szybko osiągnęła wysoki poziom kształcenia, wchodząc do grona najlepszych europejskich szkół górniczych, a jej pracownicy naukowi uzyskali w niektórych specjalnościach wyniki o doniosłym dla wiedzy i nauki znaczeniu. Ponadto od samego początku swego istnienia uczelnia – co było dla niej charakterystyczne – współpracowała ściśle, w miarę sił i środków, z przemysłem i zachowywała łączność z gospodarką kraju. Rozwój Akademii Górniczej przerwał jednak wybuch II wojny światowej.


II wojna światowa


Wśród 184 aresztowanych przez gestapo profesorów krakowskich uczelni, w ramach akcji „Sonderaktion Krakau” rozpoczętej 6 listopada 1939 roku, znalazło się 18 profesorów i 3 docentów AG, a więc prawie całe grono zatrudnionych w niej uczonych. Elitę naukową deportowano do niemieckich obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen-Oranienburg i Dachau. W latach 1939-1945 gmach główny zajął okupacyjny rząd niemieckiej Generalnej Guberni. Mienie uczelni uległo wówczas kompletnej grabieży i dewastacji, a rzeźba św. Barbary, po zrzucenie jej z dachu budynku głównego, została rozbita. Dzięki ofiarności pracowników Akademii Górniczej udało się uratować jedynie część księgozbioru.
Działalność Akademii zeszła do konspiracyjnego podziemia.


Dzieje po 1945 roku


W pierwszych miesiącach 1945 roku krakowska Akademia Górnicza była jedyną w kraju zorganizowaną uczelnią techniczną. Stała się ośrodkiem pomocy dla innych wyższych szkół technicznych. W jej murach narodziła się Politechnika Krakowska działająca do 1954 roku pod nazwą Wydziały Politechniczne AG. Akademia Górnicza odegrała również decydującą rolę w tworzeniu Politechniki Śląskiej (23 absolwentów AG to profesorowie tej Uczelni) i Politechniki Częstochowskiej, a także przyczyniła się do odradzania się Politechniki Warszawskiej, organizowania Politechniki Wrocławskiej i Politechniki Gdańskiej.

W 1947 roku podjęto wewnętrzną uchwałę, by zmienić nazwę uczelni na „Akademia Górniczo-Hutnicza”. Formalne zatwierdzenie tej uchwały przez władze nadrzędne nastąpiło jednak dopiero w 1949 roku.
W 1969 roku, już jako uczelnia posiadająca 10 wydziałów, Akademia otrzymuje – obok imienia Stanisława Staszica i sztandaru – wprowadzoną centralnie strukturę instytutową.

W 1999 roku na gmachu budynku głównego A-0 stanęła przywrócona figura Świętej Barbary.

W ciągu stulecia swojej działalności Akademia wykształciła ponad 170.000 inżynierów i magistrów zapewniając kadrę dla polskiej gospodarki i przemysłu. Wykształcenie uzyskane w AGH było i jest bardzo cenione przez pracodawców zarówno w kraju, jak i za granicą. Wielu absolwentów dzięki jakości i użyteczności wiedzy zdobytej w murach AGH osiągnęło najwyższe stanowiska w górnictwie i hutnictwie Polski, ale też zrobili kariery na obczyźnie.




WARSZAWSCY HUTNICY W RATUSZU DZIELNICY BIELANY M.ST. WARSZAWY ZORGANIZOWALI UROCZYSTE OBCHODY 100-LECIA AKADEMII GÓRNICZO-HUTNICZEJ


Relacja z uroczystości na stronie "ŻYCIE SPHW - KADENCJA  2018-2020".




ABSOLWENCI AGH W HUCIE „WARSZAWA”

 

A jak to się zaczęło, można się obecnie zorientować przeglądając stare numery zakładowej gazety „Hutnik Warszawski”, albowiem nie zachowała się dokumentacja tamtych lat.

Niemniej uważny czytelnik tej gazety, jakim jest Stanisław Andrzej Pawlikowski, wertując jej łamy odtworzył w zarysie historię współpracy Huty „Warszawa” z Akademią Górniczo-Hutniczą.

 

W Hucie Warszawa, a obecnej Hucie ArcelorMittal, w jej ponad 60-letniej historii, pracowało i pracuje ponad 300 absolwentów krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. W znacznej części kończyli tę uczelnię w systemie stacjonarnym i trafiali do Huty „Warszawa” jako jej stypendyści fundowani lub z rekrutacji zawodowej. Było ich rocznie od kilku do kilkunastu, co rodziło konkretne skutki w dziedzinie socjalno-bytowej – potrzebne były dla nich mieszkania, których huta nie miała, i środki na zagospodarowanie, które w hucie były niewystarczające. Stąd w 1959 roku nawiązano kontakt z AGH w Krakowie w celu zorganizowania kształcenia na poziomie studiów inżynierskich i magisterskich zatrudnionych już w Hucie „Warszawa” pracowników, którzy wyróżniali się w dotychczasowej pracy zaangażowaniem, postawą zawodową oraz wykazywali się umiejętnościami kierowania zespołami pracowniczymi.

Rozmowy kierownictwa Huty „Warszawa” z rektorem krakowskiej uczelni doprowadziły do otwarcia pod koniec lat sześćdziesiątych na terenie huty Punktu Konsultacyjnego Szkolenia Zaocznego AGH, który dał możliwość podwyższania kwalifikacji pracowników kadry technicznej bezpośrednio na miejscu w hucie.

Powołano 2-letnie studium magisterskie, studium inżynierskie, podyplomowe studia doktoranckie trzech specjalności. Doskonała współpraca między AGH a Hutą „Warszawa” doprowadziła do utworzenia przy hucie Zakładu Badawczego Instytutu Metalurgii. W dniu 2 października 1974 roku porozumienie w tej sprawie podpisali rektor AGH prof. hab. mgr inż. Roman Ney i dyrektor naczelny Huty „Warszawa” mgr inż. Adam Żurek.

Powołanie Instytutu miało na celu wdrażanie nowych rozwiązań naukowo-technicznych w konfrontacji z rzeczywistymi potrzebami zakładu produkcyjnego, jakim była Huta „Warszawa”, i służyło naukowcom do właściwego ukierunkowywania ich badań.

Zakład Badawczy Instytutu Metalurgii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica rozpoczął działalność 1 stycznia 1975 roku.

Mariaż huty z krakowską akademią zaowocował wykształceniem 91 inżynierów, 64 magistrów, 42 inżynierów uzyskało tytuł kończąc studia podyplomowe, 19 pracowników huty ukończyło podyplomowe studium doktoranckie. Liczbę absolwentów studiów dziennych można tylko szacować.

Stanisławowi Andrzejowi Pawlikowskiemu, z pomocą kolegów: Józefa Puzio, Henryka Gąsiorowskiego, Jerzego Staszkiewicza i innych, udało się odtworzyć niepełną listę absolwentów studiów dziennych i zaocznych Akademii Górniczo-Hutniczej zatrudnionych w Hucie „Warszawa”. W Hucie ArcelorMittal Warszawa pracuje 14 magistrów inżynierów z dyplomami AGH.


Poniższa lista wymaga doprecyzowania, dlatego też prosimy kolegów, którzy mają wiedzę, o jej uzupełnianie.



Arendzikowski Edward, Bangrowski Waldemar, Baldy Robert, Banaś Alfred, Banaś Józef, Barański Bolesław, Bartkowiak Krzysztof, Bartłomiejczyk Zbigniew, Bartman Adam, Bartosiewicz Marek, Bartosz Jadwiga, Bijak Romuald, Bilduga Longina, Bluszcz Tadeusz, Bochyński Kazimierz, Bogdańska Anna, Bolko Janusz, Borek Marek, Bors Edward, Bratek Grzegorz, Chmiel Robert, Ciepiel Wiesław, Ciepliński Rafał, Czarnkowski Henryk, Czerwońska Adela, Dąbrowska Elżbieta, Długołęcki Andrzej, Dominiak Edward, Domitrz Jan, Dropczyński Ludwik, Drygała Łukasz, Dzierżęga Władysław, Fiajkowski Józef, Frańczak Mariusz, Frączek Lesław, Gawłowski Mariusz, Gąsiorowski Henryk, Gąsowski Tadeusz, Głogowski Janusz, Głowacki Andrzej, Głowacki Janusz, Głuc Jan, Gorzelak Władysław, Góralczyk Witold, Grzelak Andrzej, Grzybek Janusz, Grzybowska Barbara, Halola Henryk, Halski Andrzej, Homa Stanisław, Horbacz Marek, Iwanow Andrzej, Jankowski Zbigniew, Jedliński Andrzej, Jędruchniewicz Jerzy, Jóczak Ryszard, Jurys Piotr, Kacperek Ewa, Kalwas Waldemar, Karpiński Jan, Kądzula Zdzisław, Koburzyński Piotr, Koc Stanisław, Kołosiński Henryk, Kołtun Ryszard, Kondras Zdzisław, Konina Piotr, Konrad Tadeusz, Kopera Józef, Korcz Zdzisław, Korzeniowski Teofil, Kosim Kazimierz, Koss Walerian, Kossobudzki Janusz, Kostrzewa Cezary, Kowalewski Zdzisław, Kozłowski Jacek, Kozłowski Mieczysław, Koźmik Edward, Kółeczko Małgorzata, Kramarz Stanisław, Krasuski Stanisław, Krokarz Krzysztof, Król Henryk, Kruszyńska Rita, Krzanowski Andrzej, Krzesiński Kazimierz, Kubicka Elżbieta, Kukielski Mariusz, Kurylski Jan, Kwapień Edward, Kwiecień Jan, Laskowski Marcin, Ledzion Jan, Loranty Andrzej, Lorenc Edward, Luty Wacław, Łuniewski Zenon, Łyko Mirosław, Machula Zenon, Małkiński Jacek, Mamak Marzena, Mandecki Bronisław, Maniak Marian, Markielowski Józef, Matusz Wiktor, Mincer Wiktor, Mirecki Paweł, Mruk Eugeniusz, Naumanowski Włodzimierz, Nawrot Andrzej, Ogórek Jerzy, Olak Jan, Olszówka Krystyna, Osiński Jerzy, Ostafil Alfred, Paca Ryszard, Pacułt Józef, Pasik Józef, Pawłowski Andrzej, Pękala Piotr, Pietruk Aleksander, Piórko Adam, Płaziński Jan, Podraza Tadeusz, Połeć Tadeusz, Posymek Michał, Ptak Edward, Pulczyński Krzysztof, Puzio Józef, Puzio Ryszard, Raczyński Sławomir, Radzki Stanisław, Radźwicki Andrzej, Rakowski Dariusz, Rawicz Janusz, Rosa Kazimierz, Rudnicki Mateusz, Rybarski Julian, Rybicki Adam, Rydelek Edward, Rzucidło Antoni, Sasin Tadeusz, Sawicki Wiesław, Semkowicz Adam, Serocka-Kłosowska Bożena, Sęk Wiktor, Sidor Zbigniew, Siemieradzki Mirosław, Skałka Józef, Skiba Józef, Skowronek Rafał, Słowiak Kazimierz, Sobczyk Zbigniew, Sobol Piotr, Sroczyński Henryk, Sroka Jerzy, Sroka Zygmunt, Staszkiewicz Jerzy, Synowiec Ryszard, Szafrański Jerzy, Szatkowski Władysław, Szejna Konstanty, Szemela Stanisław, Szkutnik Stanisław, Szmigielski Zbigniew, Szwarczyński Piotr, Szymański Zbigniew, Tkaczyk Andrzej, Tomaszewski Longin, Trześniewski Henryk, Tylusiński Mirosław, Wielgopolan Arkadiusz, Wiśniowski Stanisław, Wocial Józef, Wortman Stefan, Wychowański Jan, Wywiałek Zygmunt, Zalewski Czesław, Załuska Andrzej, Żurada Alfred



MGR INŻ. JÓZEF WOCIAL – STALOWNIK Z KRWI I KOŚCI

Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski


100 lat Akademii Górniczo-Hutniczej to powód, by przypomnieć znakomitych absolwentów tej uczelni, którzy swoje zawodowe życie związali z Hutą „Warszawa”. Do nich należy mgr inż. Józef Wocial – człowiek prostolinijny, nie „zadzierający nosa”, który potrafił „znaleźć się” tak pośród załogi, jak i najwyższej kadry kierowniczej huty. Ba…, mówią, że był jedynym szefem wydziału, który potrafił sprzeciwić się nawet dyrektorowi, gdy miał pewność, że racja jest po jego stronie.

Magister inżynier Józef Wocial w 1955 roku ukończył wydział metalurgiczny na AGH. Po studiach rozpoczął pracę w naszej hucie, w której przepracował do emerytury – był jednym z najdłużej zatrudnionych w niej inżynierów. Będąc młodym inżynierem nie zakładał szybkich awansów i nie myślał, że kiedyś będzie szefem tak potężnego wydziału huty, jakim jest Stalownia.

O swojej drodze zawodowej głównie związanej ze Stalownią Huty „Warszawa” opowiedział w maju 1983 roku z okazji jej 25-lecia red. Stanisławowi Andrzejowi Pawlikowskiemu, którą przytaczamy poniżej.

– Kiedy zdecydowałem się na studia nie wiedziałem, że w Warszawie buduje się huta. Była to normalna rzecz: rekrutacja i zatrudnienie, a więc do Huty „Warszawa”. Przyjęto mnie jako mistrza na 500-kilowy piec w Odlewni. Byłem jednym z mistrzów, dla mnie było to interesujące, albowiem mogłem się uczyć zawodu od starszych kolegów. Do Odlewni Staliwa przeszedłem w 1960 roku, tutaj pracował już 5-tonowy piec indukcyjny. I tak się złożyło, że znów współpracowałem ze znakomitymi mistrzami praktykami. Ten okres był dla mnie bardzo wartościowy, bo wdrażałem się w fachowe, organizacyjne i produkcyjne sprawy. Jak się potem miało okazać, zdobyta praktyka miała owocować w późniejszych latach. Produkowano tu różne gatunki stali, od wysokostopowych do węglowych, na wlewki i na odlewy. To był poligon doświadczalny dla mnie, ponieważ jako mistrz musiałem przygotować wszystko: od wsadu do odlewania po remonty i naprawy pieców. Pod koniec 1960 roku przeszedłem do Stalowni, gdzie zostałem mistrzem pieców elektrycznych i martenowskich, następnie kierownikiem hali odlewania, potem hali przygotowania zestawów, aż w końcu awansowałem na kierownika wydziału. W pewnym okresie zostałem odwołany „na dół”. Byłem wtedy kierownikiem wsadu, kierownikiem zmiany, zastępcą kierownika wydziału i ponownie szefem Stalowni. No cóż, była to pewna strata pod względem awansu zawodowego, ale jednocześnie dało mi to możliwość uzupełnienia praktycznego doświadczenia na tych stanowiskach, gdzie to tej pory jeszcze nie pracowałem. A co ciekawe – dało mi to możliwość ułożenia stosunków z podległym personelem i z całą załogą na zasadach rzetelności i pełnego zaufania. Mając praktykę nie spotkałem się z jakąś niewłaściwą reakcją, nawet na moje trudne i pracochłonne polecenia wynikające z potrzeb wydziału i załogi. A ja z doświadczenia znając problemy wydziału wiedziałem, co można zrobić, a czego nie można wykonać, więc nie wymagałem rzeczy niemożliwych. Powiedziałbym tak: wymagania były duże, ale realne. Moi współpracownicy mogli liczyć na wyrozumiałość w przypadku, gdy rzeczywiście nie byli w stanie wykonać nałożonego zadania. Występowały niedobory ludzi, brakowało ciągłości dostaw materiałów, a jak już przyszły, to niewłaściwej jakości i ilości, był brak wsadu, ograniczenia dostaw energii elektrycznej i gazu – były to uwarunkowania niezależne od Stalowni.

Nie widziano nigdy, by szef Stalowni, Józef Wocial, kiedykolwiek się denerwował. A co ważne – traktował wszystkich jednakowo, czy to kierownik, czy robotnik.

– Nerwy w pracy w tak newralgicznym wydziale to katastrofa. Spokój, wykonywanie poleceń, wzajemna informacja to droga do całkowitej integracji załogi. Szczególnie zwracałem uwagę na nowoprzyjętych młodych ludzi, bo choć oni tego nie zauważali, to staraliśmy się od samego początku traktować ich jak partnerów i współgospodarzy zakładu, a nie jak zwykłą siłę roboczą. Albowiem gdy pracują ze świadomością, jaką funkcję spełnia jego zakład w systemie gospodarki, to już nie jest to tylko zwykła umowa o pracę.

Każda funkcja, niezależnie czy szefa wydziału, wytapiacza czy mechanika, jest ważna. Kiedy po studiach wybierałem się do pracy w hucie, to myślałem o tym, jak prawidłowo  wykorzystać zdobytą wiedzę.

W tym miejscu składam wyrazy uznania pod adresem mojej uczelni, która mnie przygotowała do mojej roli w hutnictwie, a także podziękowania dla wielu moich współpracowników, wytapiaczy, rozlewaczy, mistrzów i innych fachowców, którzy byli dla mnie przykładem.

W pracy tak naprawdę mnie denerwuje, choć niełatwo mnie wyprowadzić z równowagi, nieuczciwość, fałszywe i niesprawiedliwe traktowanie ludzi. Jestem zwolennikiem maksymalnego wykorzystania inwencji ludzkiej, liczenia się z ich zdaniem i nie obrażania się, jeśli jest inne, niż moje. Zawsze trzeba pamiętać, że to ludzie wykonują określone zadania i tylko oni są najważniejsi. Parę lat temu organizowaliśmy 20-lecie Stalowni, była to wspaniała uroczystość, załoga była podbudowana, wyraziliśmy dla nich nasz najwyższy szacunek za ich pracę w tak ciężkich warunkach, jakie panują na Stalowni. Zorganizowaliśmy przez radiowęzeł koncert życzeń, który trwał od rannej do nocnej zmiany. Podawano nazwisko, stanowisko i staż pracy i dedykowano najładniejszą muzykę. Rolą – między innymi i moją jako szefa wydziału – jest, by w przedsiębiorstwie pozycja stalownika była należycie doceniana. Powiedzmy sobie prawdę – pracujący na Stalowni to są ludzie ofiarni, zdyscyplinowani, przywiązani do swojego zawodu. Każdy wykonany wytop traktowany jest nieomalże jako oddzielne dzieło sztuki, przynoszące wielką satysfakcje ludziom, którzy solidnie się przy nim napracowali. O taką załogę musieliśmy się rzetelnie troszczyć. I tak zrodziła się hutniczo-stalownicza rodzina.





MAGISTER INŻYNIER JAN GŁUC NOWOTARSKI GÓRAL HUTNIKIEM


Tekst: Stanisław Andrzej Pawlikowski

 

Dziwnie splatają się losy ludzkie. Ja i Jasio Głuc mieszkaliśmy na osiedlu Bereki w Nowym Targu, on na Długiej, ja na Studziennej. Był starszy ode mnie o trzy lata. Chodziliśmy do tej samej szkoły, ale też po Tatrach, Pieninach i Gorcach. Zdarzyło się, że i na dziewczyny poszliśmy razem, i na wagary.

Na wakacjach pracowaliśmy przy budowie domów. Przy tej robocie bolały ręce, odciski na całych dłoniach, a jednak było nieprawdopodobnie wesoło.

Jan zrobił maturę, do której przygotowywał się wzorowo. Wszystkim nam, a było nas ponad 20 chłopaków, zapowiedział że będzie zdawał na Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Zdał egzamin i został przyjęty. Poprosił nas, abyśmy szukali w domach podręczników z fizyki, metaloznawstwa, kuziennictwa, mechaniki.

Spotkaliśmy się po kilku latach, gdy był już inżynierem metalurgiem, pracownikiem huty Baildon w Katowicach. Opowiadał o swojej pracy, procesach wytapiania stali w stalowni. Większość z nas, kolegów, nie miała o tym pojęcia. Z czasem chłopaki z Bereków rozjechali się po świecie. Ja wyjechałem do Warszawy, ożeniłem się, zostałem hutnikiem warszawskim i… spotkałem Jana w niewiarygodnym miejscu.

Pewnej niedzieli w 1959 roku pracowałem na pierwszej zmianie. Warsztat utrzymania ruchu mieścił się w budynku socjalnym od strony hali przygotowania zestawów. Wchodząc na pierwsze piętro, łącznikiem wiodącym do hali pieców, dźwigając torbę z narzędziami, minąłem idącego z naprzeciwka człowieka. Nagle usłyszałem:

- Stachu, co ty tu robisz!

- Ki czort… Jasiek??? A ty co tu?

Trzeba było znaleźć się w Warszawie, by się odnaleźć. Jan został delegowany do Stalowni Huty „Warszawa”. Był kierownikiem zmiany. Takim to sposobem odnowiło się nasze koleżeństwo. Byliśmy w przyjaźni przez szereg lat. Inżynier Głuc nie był moim przełożonym. Współpracę rozpoczęliśmy przy uruchomieniu procesu próżniowego odlewania stali.

Od strony hali lejniczej,  między piecem elektrycznym nr, 2 a piecem martenowskim zbudowano stanowisko odlewania próżniowego. Konstrukcja składała się z najróżniejszych połączeń rur wodnych, parowych, sterowników, z dziesiątków zegarów i manometrów. Tuż przy piecach zabudowano podstawę do wlewnic o wymiarach zależnych od wielkości wlewka – 15, 20, 30 ton. Ten zestaw był przykryty specjalna kopułą umożliwiającą uzyskanie próżni.

Projekt był wykonany. Teraz ma być testowany. Szefem tego zadania był inżynier Jan Głuc. Od kilku tygodni Zygmunt Gębski, Paweł Zmitrowicz i ja przechodziliśmy specjalne szkolenie. Rozpoczął się proces próżniowego topienia stali.

Inżynier Głuc i inżynier Piotr Konina – obaj absolwenci AGH – w połowie procesu topienia stali wydali mi polecenia uruchomienia procesu uzyskania próżni. Inż. Konina melduje inż. Głucowi pełną szczelności urządzenia. Podstacja pary zameldowała mi, jako operatorowi, dostawę pary do 15 atmosfer zgodnie z instrukcją. Ciąg wodny doprowadzony został do należytego stopnia. Inżynier Głuc biegał od pieca do stacji próżniowego odlewania, pytał się o bezpieczeństwo, sprawdzał parametry. W końcu spust ponad czterdziestu ton stali. A ponieważ to pierwsza próba, przy stanowisku zebrało się kilka osób z dozoru inżynierskiego. Inżynier Jan Głuc dokładnie doglądał przebieg procesu odlewania. Najazd kadzi odlewniczej nad pośrednią małą kadź, zatyczka odbezpieczona i poleciał strumień gorącego żelaza. Lecz po wypełnieniu do połowy małej kadzi słuchać niesamowity szum, nagle z wentyli bezpieczeństwa buchnęła para, dyfuzory zawyły niemiłosiernie. Wydawało się, że zaraz wszystko wyleci w powietrze. Inżynier Głuc głośnym krzykiem polecił, aby wszyscy uciekali w bezpieczne miejsca. Okazało się, że woda dostała się pod wlewnice, co stworzyło niebezpieczeństwo wybuchu.

Pierwszy próżniowy spust okazał się niewypałem. Wytop H15 zezłomowano. Dyskusji nad tym niepowodzeniem było co nie miara. Specjaliści z Bibrohutu przez kilka dni wyjaśniali powody niepowodzenia. Szef wydziału inżynier Bohdan Krawczyński zwrócił uwagę konstruktorom, że w kopule nie ma wziernika, by oceniać przebieg procesu. Inżynier Jan Głuc nie mógł sobie darować takiej wpadki. Po kilku tygodniach dokonano przeróbki w konstrukcji, według projektu racjonalizatorskiego Jerzego Wojdasiewicza i to on został mistrzem brygady odpowiedzialnej za to urządzenie. Odlewy próżniowe przebiegały bez zakłóceń.

Po trzech miesiącach inżynier Jan Głuc wezwał mnie i Władka Gorzelaka do dyspozytorni w Stalowni. Będzie odlany specjalny wytop dla wojska pod nadzorem specjalisty wojskowego w stopniu pułkownika, który kontrolował cały przebieg trwania procesu wytapiania i odlewania w próżni. Wcześniej dokonaliśmy kilku prób i wszystkie były zakończone pomyślnie.

W kabinie na stoliku leżały protokoły, w których co pół godziny pułkownik wpisywał parametry z zegarów, manometrów, a inżynier Głuc wyliczał na suwaku logarytmicznym ilości odpowiednich pierwiastków. W czasie próżniowego odlewania, po uzyskaniu już odpowiednich parametrów, z tego baniaka wydobył się dźwięk o bardzo wysokim tonie. Było to niespodziewane. Inż. Jan Głuc zbiegł po schodach do urządzenia i zaglądał przez wziernik do jego wnętrza. Po chwili machnął ręką na mnie, bym zszedł do niego. Zobaczyłem strumień gorącej „lawy”o barwie niebiesko-fioletowej, na przemian żółtej, i co dziwne, że ten strumień nie iskrzył.

- To wytrącanie z metalu zbędnych gazów i pierwiastków niepotrzebnych – objaśnił inżynier stalownik Jan Głuc, który był znakomitym organizatorem produkcji, miał też świetną opinię dobrego fachowca, lubianego przez załogę.

Niestety, po kilku latach pracy na Stalowni zachciało się inżynierowi Janowi Głucowi polityki. Ja tego nie pochwalałem, uważałem, że zawód metalurga, jaki wybrał, powinien dać jemu dużo satysfakcji, a hucie – wiele pożytku.

Magister inżynier Jan Głuc uzyskał za swoją pracę w Stalowni wielkie uznanie załogi i przełożonych.





Stanisław Koc wspomina swoich wyjątkowych kolegów z lat studiów na AGH.

Prosimy o wzięcie przykładu i podzielenie się z nami swoją drogą do Huty Warszawa i ArcelorMittal wytyczoną przez AGH

 

WIESŁAW BIAŁOWĄS

Jeden z moich przyjaciół poznanych w czasie  studiów na AGH (1954–1959)

 

Dr hab. inż., prof. AGH –  Wiesław Białowąs

 

Niewiele starszy ode mnie – ukończył studia, gdy ja je zaczynałem. W czasie moich studiów był asystentem w katedrze metalurgii stali. Ale najważniejszą pasją Wieśka był uczelniany Zespół Pieśni i Tańca KRAKUS, którego był zresztą, jeszcze jako student – założycielem. Wiesiek z wykształcenia inżynier- metalurg, był takim inżynierem, któremu w duszy ciągle grało. Dlatego nie tylko organizował pracę KRAKUSÓW i podczas występów tego zespołu był jego dyrygentem, ale jeszcze znajdował czas, aby być liderem i pianistą uczelnianej orkiestry tanecznej. Dziwiłem się przez cały czas studiów, jak on mógł pogodzić zawodowe zajęcia na uczelni z realizacją, jak by nie było, czasochłonnych wizji artystycznych. Były to wszak czasy dość trudne pod względem materialnym. Aby jego ukochane dziecko – zespół Pieśni i Tańca – mógł istnieć i działać, nie wystarczała tylko artystyczna wizja. Potrzebne były instrumenty muzyczne, stroje i jeszcze wiele, wiele innych niezbędnych rzeczy. A tego właśnie nigdy nie było tyle ile trzeba. W realizacji wizji artystycznej pomagał mu w zakresie choreografii znany w Krakowie prof. M. Wieczysty. Tak, to ten wybitny specjalista w dziedzinie tańca towarzyskiego o którym wspomina K.I. Gałczyński w Zaczarowanej Dorożce. Uczelniany Zespół Pieśni Tańca składał się z sekcji: tanecznej, wokalno-tanecznej i kapeli. Najbardziej widowiskowe były w wykonaniu tego Zespołu suity tańców ludowych z regionów południowej Polski. Przed kolejnymi obradami Senatu Uczelni (1957 r.), który miał decydować o podziale środków finansowych, a od tego roku w obradach tego szacownego gremium, gdy decydowano o pieniądzach dla studentów, brał udział przedstawiciel Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP) – dopadł mnie Wiesiek. Z pasją i całkowitym przekonaniem o swych racjach zaczął opowiadać o potrzebach swego ukochanego Zespołu. Przyznawałem mu oczywiście słuszność. Ale nie tylko potrzebne mu było moje potakiwanie. Potrzebne były pieniądze. Tak się dobrze złożyło, że Senat podzielił w jakimś stopniu te jego racje. Pieniądze, i to w znacznie większej niż dotychczas kwocie, przyznano. Od tego wydarzenia datuje się moja przyjaźń z Wieśkiem. Te zwiększone dotacje sprawiły, że w 1957 roku powstał pierwszy w Polsce Studencki Klub Taneczny przy Radzie Uczelnianej ZSP przy AGH. Patronował mu oczywiście prof. M. Wieczysty, a prezesem został mój dobry kolega Witold Strzelecki. Klub składał się z kilku sekcji, Najważniejsza to sekcja tańca turniejowego, której instruktorem był sam profesor. Dla tej sekcji zakupiono odpowiednie stroje, gdyż jej członkowie brali udział w turniejach poza Uczelnią. Brać studencka najczęściej wówczas tańczyła w Sali zwanej Rotundą usytuowanej w Domu Studenckim Uniwersytetu Jagiellońskiego w Bratniaku. Niekiedy, gdy byli obecni na sali członkowie naszej uczelnianej orkiestry,  grywał i czarował swą grą tercet złożony z: pianino – Wiesław Białowąs, klarnet – Wiesław Lic, akordeon – Zenon Szeliga. Ale to nie wszystko! Na te tańcujące wieczorki zaczęły przychodzić pary z sekcji tańca w strojach turniejowych. Ich umiejętności choreograficzne i te stroje powodowały, że inne tańczące pary zaprzestawały wirowania i obserwowały popisy, jak by nie było – zawodowców. Po kilku takich wieczorkach część ich uczestników skarżyła się, że obecność na parkiecie zawodowców uniemożliwia im udział w zabawie tanecznej. Zwyczajnie – wstydzili się tańczyć razem z nimi. Nie ten poziom, nie ta klasa! No cóż – zabroniliśmy turniejowym parom wypożyczania strojów na wieczorki taneczne w Rotundzie. Nie pamiętam który, Wiesiek lub Witek – a może obaj – namówili mnie do pójścia na ogólnopolski Turniej Tańca Towarzyskiego, który miał miejsce w Hali Wisły pod koniec 1958 roku. Furorę robiła występująca poza konkursem para holenderska – mistrzowie świata. Nasi uczelniani wirtuozi tańca stwierdzali, że był to poziom, o jakim oni nie mogą na razie nawet marzyć. Podobne stwierdzenie usłyszałem tylko prawie rok wcześniej, kiedy w tej samej Hali Wisły pierwszy raz w Polsce występowała amerykańska słynna orkiestra Glena Millera. Szczególny urok gry tej orkiestry – to wirtuozerska gra sekcji saksofonów. Gdy w czasie przerwy w występie tej orkiestry pytałem saksofonistę wieśkowej orkiestry – kiedy będzie tak grał, jak ci wirtuozi, odpowiedział zdecydowanie, że raczej nigdy! To nie ten poziom i nie ta klasa. Ale takie millerowskie melodie jak: Chatanooga choo choo i Moonlight Serenade zapamiętałem na bardzo długo.

Pasją Wieśka Białowąsa była też orkiestra taneczna. Wiesiek bardzo lubił jazz.  Pod koniec lat pięćdziesiątych – ponoć ta najlepsza w Krakowie orkiestra, dała popis w Rzeszowie, gdzie w trakcie występu grała jazzowe melodie. To był wówczas szok dla słuchaczy. Musiała wielokrotnie bisować, a miejscowy Urząd Bezpieczeństwa przeprowadził śledztwo pod kątem rozpowszechniania zachodniej muzyki. Wiesław podczas przesłuchania udowodnił ludowe pochodzenia muzyki jazzowej.

W okresie październikowej odnowy można było grać to, co w duszy grało, a  szczególnie to, co aktualnie lansowało Radio Luxemburg. Jak zapanowała moda na rock and roll, to co drugi, no może bez przesady, co trzeci utwór wykonywany przez wieśkową orkiestrę – to był rock and roll. Często brać studencka AGH tańczyła w Auli Głównej uczelni w rytmie tej szalonej muzyki.

Zmiana na stanowisku dyrektora administracyjnego Uczelni i decyzja szacownego Senatu, spowodowała wprowadzenie zakazu zabaw studenckich w  Auli, przywracając jej pierwotne przeznaczenie – wyłącznie jako miejsce najważniejszych uczelnianych uroczystości.

Po odnowieniu ustawiono specjalnie miejsca siedzące dla uczelnianych lub zaproszonych notabli, krzesła dla gości, a na ścianach zawisły portrety rektorów AGH. Tak pozostało do dziś!

W tej sytuacji wieśkowa orkiestra już nie przygrywała do tańca swoim kolegom, ale rozpoczęła chałturzyć tam, gdzie było zapotrzebowanie na jej usługi. A zapotrzebowanie było duże, bo przez kilka lat miała opinię najlepszej w Krakowie. My musieliśmy zadowolić się wspomnianą wcześniej Rotundą lub wieczorkami tanecznymi w akademiku.

Poprawa sytuacji materialnej podopiecznych Wieśka, udoskonaliła w sposób widoczny poziom artystyczny występów – wzrosła ich ilość. Ale on ciągle żył ich problematyką. Nie raz pytałem, aczkolwiek nieśmiało, kiedy zacznie robić doktorat, bo w tej sprawie obowiązywały jakieś ustawowe dla pracowników naukowych przepisy. Odpowiadał niezmiennie, że już zaczął, że już coś w tej sprawie robi. Nie bardzo wierzyłem w te jego zapewnienia. Ponieważ jego przełożony kierownik katedry prof. Feliks Olszak został Rektorem Uczelni, domyślałem się, że toleruje jego pracę naukową biorąc dużą poprawkę na jego artystyczne pasje. Bo Wieśkowi nieustannie w duszy grało! Jak opuszczałem mury uczelni, Wiesiek w dalszym ciągu robił doktorat. Ale ku memu zdziwieniu na początku lat sześćdziesiątych, przed jego nazwiskiem widniał już skrót –  dr inż. Na jednym ze spotkań branżowych, dotyczących wykorzystania złomu w stalownictwie, jakie odbyło się pod koniec lat osiemdziesiątych w Nowej Hucie, spotkałem mojego dobrego znajomego z okresu studiów –  prof. Mariana Krucińskiego, przełożonego Wieśka. Kiedy w trakcie osobistej rozmowy zapytałem go o Wieśka i jego artystyczne pasje, stwierdził, że poświęcił się on całkowicie pracy naukowej. Kierowanie zespołem pieśni i tańca już w połowie lat siedemdziesiątych pozostawił innym. Przyjąłem tę informacje do wiadomości, ale nie do końca w nią uwierzyłem. Kiedy w niedługim czasie miałem znów branżowe spotkanie specjalistów stalowników, tym razem w hucie „Kościuszko”, przyjechał jako przedstawiciel świata nauki – Wiesław Białowąs, dla mnie Wiesiek. Nie widziałem go kilka lat. Przywitaliśmy się tak serdecznie, że trwając jakiś czas w uścisku, wywołaliśmy zdumienie hutniczych specjalistów z dyrekcją huty „Kościuszko” włącznie. W trakcie rozmowy usłyszałem od Wieśka, że w kwestii artystycznej ogranicza się do udzielania dobrych rad swoim następcom, a ci coraz rzadziej zwracają się do niego o takowe. Traktował ten fakt spokojnie, jako rzecz nieuniknioną, chociaż wyczuwałem w jego głosie nutkę żalu. Zbeształ mnie przy okazji, że zapominam o jego istnieniu. Zobowiązaliśmy się wzajemnie do odnowienia kontaktów – oczywiście w Krakowie. Przyrzekłem! Dotrzymałem przyrzeczenia. W trakcie następnych moich wizyt w Krakowie zawsze, chociaż na krótko, spotykaliśmy się. Wiesiek był coraz bardziej cenionym naukowcem w branży stalowniczej. Już nie był tylko doktorem. Teraz tabliczka na drzwiach jego gabinetu informowała dr. hab. inż. Wiesław Białowąs – profesor nadzwyczajny. Cieszył mnie ten fakt, gdyż w czasie mych studiów nie przypuszczałem, że tak się stanie. Zmarł niespodziewanie 15 września 1998 roku, prawie w 50-lecie utworzenia Zespołu Pieśni i Tańca AGH – KRAKUS, którym kierował przez 25 lat. Gdy podczas mojego pobytu w AGH jesienią 2005 roku na uroczystościach 50-lecia immatrykulacji, w jednym z budynków tej uczelni zobaczyłem ćwiczącą układ taneczny grupę dziewcząt, to mimowolnie skojarzyłem ten fakt z KRAKUSAMI. Istotnie, przy wejściu do tej sali widniała tabliczka z napisem: Zespół Pieśni i Tańca AGH KRAKUS im. Wiesława Białowąsa.

WIESIU! To co ci w duszy grało przez tyle lat – gra nadal! Jakaś część Ciebie jest również tu, wśród tych tańczących dziewcząt. Na pewno!!! Pomyślałem też, że ten Zespół, to Twoje artystyczne dziecko, było przy Tobie w tym smutnym dniu – oddając ci ostatnią przysługę. Jestem tego pewien, chociaż sam nie brałem w tym udziału. Na pewno tak było! Nie pytałem o to nikogo, aby nie burzyć w sobie tego obrazu. Jesteś również razem z tymi, co o Tobie pamiętają i pamiętać będą do końca. Bo – już bardzo dawno temu napisał Horacy w swej Pieśni –  non omnis moriarco znaczy: NIE CAŁY PRZECIEŻ CZŁOWIEK UMIERA!!!


                                                                                                       mgr inż. Stanisław Koc 



Kolejny mój przyjaciel ze studiów w AGH (1954–1959)

 

Mgr inż. ceramik  Wiesław Ochman - światowej sławy tenor

Wiesław Ochman – student ceramik i Hanna Konieczna studentka również wydziału ceramiki. Hania była czas jakiś solistką prowadzonej przez Wiesława Białowąsa orkiestry tanecznej, a największym jej sukcesem był występ na festiwalu piosenki w Opolu w roku 1963. Natomiast dla Wiesia były to początki wielkiej, bo międzynarodowej, kariery śpiewaka operowego – tenora. Jeszcze w czasie mych studiów Wiesiek często występował razem z muzykami naszej akademickiej orkiestry na wszelkiego rodzaju imprezach uczelnianych. Na jednej z takich imprez w sali Rotundy w trakcie wykonywania piosenek neapolitańskich – dyrygował oczywiście też Wiesiek, ale Białowąs – zgasło niespodziewanie światło. Słuchacze zamarli w oczekiwaniu – co będzie dalej? A dalej… Wiesiek śpiewał, orkiestra grała – na szczęście przerwa w dostawie prądu trwała zaledwie kilka chwil. Wiesiek później wspominał, że w jego karierze śpiewaczej był to jeden z trudniejszych momentów, choć na scenach operowych, nie tylko polskich, przeżywał o wiele gorsze.

Jego akompaniatorami w wieśkowej orkiestrze najczęściej bywali W. Białowąs i Z. Szeliga – student-górnik, grający na pianinie lub akordeonie. O ile dobrze pamiętam, pierwszy zagraniczny występ Wieśka Ochmana miał miejsce w Bułgarii, gdzie akompaniował mu Z. Szeliga. Po powrocie z tych artystycznych wojaży przez wieczór i sporą część nocy obaj w moim pokoju – oczywiście nie na sucho – dzielili się wrażeniami.

Dzień Hutnika był, jak zwykle, uroczyście obchodzony na uczelni, jak i w metalurgicznym kombinacie, czyli ówczesnej hucie im. Lenina W kombinacie przewidziany był występ naszej uczelnianej orkiestry, gdzie solistą był oczywiście Wiesław Ochman. Olbrzymia hala kombinatu była wypełniona całkowicie. Występ zespołu AGH był przyjmowany entuzjastycznie, ale w trakcie występu Wieśka Ochmana – zawiodła aparatura nagłaśniająca. Z końca hali rozległy się okrzyki: Prosimy głośniej! Nie słychać! Wiesiek demonstracyjnie odsunął mikrofon i dalszą część swych ulubionych wówczas piosenek neapolitańskich zaśpiewał tak, że było słychać wszędzie! Ale jeszcze wtedy nie musiał oszczędzać swoich strun głosowych.

Już parę lat po studiach, gdy ja pracowałem w swoim zawodzie inżyniera metalurga w hucie Zygmunt w Bytomiu, niespodziewanie spotkałem na ulicy Wieśka, który po ukończeniu AGH jako mgr inż. ceramik wybrał jednak drogę kariery artystycznej. Po wstępnych powitalnych okrzykach i słowach radości, wstąpiliśmy do pobliskiej kawiarni, aby porozmawiać. Z relacji Wieśka wynikało, że już kończy swoją karierę śpiewaczą w Operze Bytomskiej, przez rok będzie śpiewał w Operze Krakowskiej, a następnie w nowo otwartym Teatrze Wielkim w Warszawie. Wyraziłem niejaką wątpliwość, że w Warszawie będzie miał dość silną konkurencję śpiewaków-tenorów. Czy sobie poradzi? Czy nie jest jeszcze dla niego za wcześnie na występy w Teatrze Wielkim? Moją wątpliwość zbył krótko: ci warszawscy tenorzy do końca swej artystycznej kariery będą śpiewać w Warszawie, a ja – na najsłynniejszych scenach operowych świata. Pomyślałem wtedy, że pewność Wieśka jest chyba przesadzona. Okazało się, że to on miał rację, z czego się potem bardzo cieszyłem. Jednak to zawsze kolega z AGH – w jakiś sposób wplątany w mój życiorys.

Kiedyś w budynku Polskiego Radia spotkałem Wieśka oczekującego na nagranie. Był już wówczas znanym śpiewakiem występującym na najważniejszych scenach operowych świata, a mimo to poświęcił naszej rozmowie sporo czasu. Ucieszył się na mój widok, mówiąc, że udało mu się zrealizować swoje wcześniejsze marzenia. Nieco narzekał, że w kraju jest mało doceniony. Pocieszałem go, że i tu go docenią, bowiem trudno być prorokiem we własnym kraju. Z czasem okazało się, że miałem rację!

Senat AGH uhonorował go tytułem Doktora Honoris Causa, z czego Wiesław Ochman jest bardzo dumny.


                                                                                                      mgr inż. Stanisław Koc